środa, 18 kwietnia 2018

Wiosną patrzymy w gwiazdy

Co można robić wiosennymi wieczorami? Tysiące rzeczy i... 99% z nich będzie głupszym wykorzystaniem czasu niż wiosenny spacer. No od biedy można posiedzieć na tarasie, lub balkonie. Jeśli ktoś mieszka w miejscu skąd nawet z balkonu nie dostrzeże gwiazd, to po prostu powinien przemyśleć swoje życie na nowo. 
Wiosna ma mnóstwo zalet jako sezon obserwacyjny. Merytorycznie i wyczerpująco opisał to Hawkeye w swoim felietonie na Polskim AstroBlogerze. Było by głupie gdybym próbował napisać lepszy tekst. Dlatego ja napiszę tylko o romantycznym aspekcie wiosennego patrzenia w gwiazdy.

Otóż zabieramy miłą naszemu sercu osobę na spacer, lubo wywołujemy ją na taras (balkon), pokazujemy taki obrazek:


Po czym snujemy opowieść jak to Księżyc, lubieżnik i podglądacz, rozochocony wiosną, piękną Wenus po nieboskłonie goni i że wkrótce skryją się za drzewami, a co tam będą robili, to już tylko sam Horyzont wie...

Jeśli więc miła Waszemu sercu osoba nie jest śniętą rybą, to zapewne sprawy przybiorą wymarzony przez Was obrót i niekoniecznie będą to obroty sfer niebieskich ;-)   

piątek, 23 marca 2018

Aldebaran czyli - Księżyc zagląda w wielkie czerwone oko Byka

Aldebaran - zwany (przeze mła pieszczotliwie z fhancuskim akcętę - Alem de'Bahanem) - spora gwiazda - nadęta niczym Timmermans na mównicy, zaledwie niecałe dwa razy masywniejsza od naszego Słońca za to z tysiąc razy obszerniejsza. Nosi naukalne (ach ten Król Julian) miana alfa Tauri, α Tau. Zaś nazwa jego w/g Wiki wywodzi się od arabskiego wyrażenia ‏الدبران‎ al-dabarān, „podążający” (za Plejadami) - co jest bzdurą, bo nie Arabowie w gwiazdy patrzyli, tak jak i nie Arabowie cyfry wymyślali, ale Persowie (nie wiedzieć jakim zrządzeniem demiurgów, bo utożsamienie Persów z Arabami, ma tyleż samo sensu jak utożsamianie Hunów z Rzymianami) i to w kooperacji z Hindusami! Arabowie to tylko przejęli.

W każdym razie - gwiazda ładna, czerwona, co gołym okiem widać (znaczy moje zaokularzone), Z racji położenia na niebie zwana "wielkim czerwonym okiem Byka" - na które to miano zapewne da się wyrwać więcej panienek wieczorową porą, niż na alfę (no chyba ze to nowa Alfa Romeo) Tauri ;-)

Akurat sobie w niebo spojrzałem ("wszyscy żyjemy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy" Wilde) i widzę... Młodziutki Księżyc, a jakieś dwie grubości tarcz obok niego, gdyby tak poprowadzić styczne do jego rogów, to skrzyżowały by się akurat w tym punkcie, spory świecący punkt. Pierwsza myśl Merkury albo Wenus -  wszak regularnie czytam Astrobloga, a tam Hawkeye na bieżąco, astronowinki wrzuca, od położenia ISS na niebie, poprzez koniunkcje planet, aż po recenzje filmów i książek o astronomię tykajacych - świetne miejsce, mądry i gościnny twórca. A właśnie 18 / 19 marca miała być koniunkcja ich z Księżycem, zatem pewnie jedna z nich... ba ale która?

No nic. Wracam do domu - odpalam aparat i usiłuję zrobić dokumentację zjawiska, czasy stosownie długie, podpieram aparat na barierce i fotografuję... Nadzieja umiera ostatnia... ale mniejsza.

Jadę po Miłosza z treningu i Marzenkę z pracy, a potem jak już się mniej więcej z wszystkim okrzątnęliśmy to odpalam SkyPortal i sprawdzam co to było. A tu niespodzianka! Ani Wenus ani Merkury tylko Aldebaran bury! (znaczy czerwony, ale czerwony się nie rymuje). SUUPER!

Dziś rano włączam kompa, instaluję programy do obróbki zdjęć i ... NIC! Nie ma Aldebarana! Wielka czarna kopuła, na której podwieszono makietę Księżyca oświetloną diodami LED... Czyżby płaskoziemcy mieli jednak rację?

Cóż się będę żalił na aparat?! Mea Culpa - od lat obiecuję sobie kupić coś sensownego, i od lat mi schodzi...

Zobaczcie sami:

 NIC! 

 Takie samo cholerne NIC, tyle że na większym zoomie! 

A powinno być tak!

Oba zdjęcia pochodzą z programu SkyPortal i są zrzutami ekranu, ustawienia czasowe są o godzinę późniejsze niż moje obserwacje, ale mniej więcej oddają piękno zjawiska.
Cóż tulę się w żalu po nieudanych fotkach, tylko tym, że się napatrzyłem naprawdę długo i do syta.

Do zobaczenia. 

czwartek, 22 marca 2018

Spodśnieżnie

Zdecydowana większość moich znajomych tęskni już za wiosną, a marcową "Bestię ze wschodu" (choć u mnie to bardziej z północy zawiewało), przywitało z nieukrywaną antypatią. Ja wszakże niekoniecznie, bo neandertalskie geny mam i jest mi ciepło wtedy gdy inni już marzną. W sumie, to może udało by się wywołać jakiś ferment na temat zagłady Neandertalczyków i wymusić na zlewaczałych państwach zachodu stosowną rekompensatę za utracone mienie w postaci jaskiń, terenów łowieckich itp. ?
Ale mniejsza.
Wiosna już pcha się do mojego ogrodu i oto dowody:

 Zapomniałem miana tejże ślicznotki ogrodowej.
Pewnie sobie przypomnę za jakiś czas to uzupełnię.


 Tego też nie pamiętam.
Wybaczcie.


 Krokusik.
Chciałem pokazać także przebiśniegi ale się nie wyprzebiśnieżyły...

 Hortensja

 Wilczełyko

 Barwinek

 Lawenda

piątek, 2 marca 2018

Denializm - czyli znajdź sobie wroga.

"Potem, jak się Iwan dowiedział, zaszło coś nieoczekiwanego, coś strasznego. Któregoś dnia nasz bohater otworzył gazetę i zobaczył wydrukowany w niej artykuł krytyka Arymana, artykuł, w którym Aryman przestrzegał wszystkich razem i każdego z osobna przed naszym bohaterem, jako przed tym, który usiłował przemycić na łamy prasy apologię Jezusa Chrystusa.
– Pamiętam, pamiętam! – zawołał Iwan. – Tylko zapomniałem, jakie pan nosi nazwisko!
– Powtarzam, puśćmy w niepamięć moje nazwisko, ono już nie istnieje – odparł gość. – Nie o nie chodzi. Następnego dnia w innej gazecie ukazał się inny artykuł, podpisany przez Mścisława Laurowicza. Autor domagał się bezlitosnej rozprawy z piłatyzmem i z tym religianckim tandeciarzem, który umyślił sobie, że przemyci (znów to przeklęte słowo!) piłatyzm na łamy czasopism."


cytat z PDFowegto wydania Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa w tłumaczeniu  Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego.

Nie przypadkowo tu się pojawił. Jak zapewne się domyślacie, chodzi o pojęcie "piłatyzm".

Jak mawiał Stalin "walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu". Te grupy które kiedyś żebrały o tolerancję, dziś domagają się władzy i uczestnictwa w podziale łupów (znaczy w budżetach państwowych przeznaczonych na redystrybucję). Ale mniejsza. Ogólnie ta myśl oznacza jedno - "znajdź wroga i zniszcz go!" Rewolucja bowiem nie może istnieć bez wrogów... casus Goldsteina z roku 1984 Orwella.

Więc wymyśla się jakąś nazwę - nazwa jest bardzo ważna! Musi być chwytliwa, krótka (nikt nie będzie walczył  z czymś czego nazwy nie potrafi nawet zapamiętać), w sam raz na hasła i sztandary.
(pamiętacie "papistów" z którymi walczyli dzielni Szwedzi, przy okazji gwałcąc, niszcząc, rabując i paląc?).

Jak już ma się nazwę, to tworzy się grupę osób (ideologii, wyznań itp) które do niej pasują - jak nie do końca pasują to zawsze w sukurs przychodzi Prokrust  i jego metody.

Ale to wciąż za mało! Mała grupka odmieńców nikogo do wysiłku nie zagrzeje. Musi to być grupa na tyle liczna by budziła zaniepokojenie, ale na tyle nieliczna by nie wzbudzała strachu. I tu na podorędziu są metody manipulacji społecznej. Pamiętajmy że XX wiek prócz totalitaryzmów, milionów ofiar socjalistycznych eksperymentów  i powstania broni nuklearnej, wytworzył też masę świetnie przygotowanych do działania propagandystów działających w oparciu o modele opracowane przez socjologów i przetestowane podczas działań marketingowych.
Mając takie know how, wystarczy kilku prowokatorów oraz odpowiedni przekaz medialny, by z ludzi którzy nie ufają wielkim koncernom, korporacjom działającym na styku biznesu i polityki, ogromnym pieniądzom zaangażowanym w udowodnienie  tego co chce się udowodnić (kłania się lemowa "ekspertoliza" i przypadek choćby "naukowo udowodnionej nieszkodliwości benzyny ołowiowej"), oraz takim którzy po prostu chcą by ktoś liczył się z ich zdaniem, nawet wtedy gdy obiektywnie rzecz ujmując sami sobie szkodzą - uczynić "oszołomów", "antyszczepionkowców" czy "denialistów".

Pozdrawiam Was
Maciej Denialista.

za: https://demotywatory.pl/4064840/Globalne-ocieplenie

poniedziałek, 26 lutego 2018

Rzeczywistość budzi we mnie zadziwienie.

Tytuł to oczywiście nawiązanie do jednej z kwestii Króla Juliana z Pingwinów z Madagaskaru, kto oglądał ten wie, inni... no cóż niech oglądną, bo są o wiele ubożsi bez tego.

Nie o Julianie ani o pingwinach dziś jednak będzie, ale o rzeczywistości. Tym co postrzegamy i co uznajemy za istniejące, a co (jak wiele wskazuje) wcale nie jest tym co nam się wydaje...

Dziś będzie o takiej mojej natrętnie nachalnej myśli związanej z lektura książki "Rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje" Carl'a Rovell'ego.

Omiatam wszakże jeno jednym zdaniem natrętne "humanistyczne" i antykościelne wtręty tego włoskiego intelektualisty - to  przypadłość ogromnej rzeszy Europejczyków - taka anankastyczna potrzeba odżegnywania się od chrześcijaństwa (a gdyby lepiej poszukał, to dostrzegł by że Beocjusz i św. Augustyn tysiąc lat temu rozważali naturę czasu, w sposób współbrzmiący z dzisiejszą kosmologią i mechaniką kwantową), no ale woli przywoływać Dantego... też ładnie. 

Chodzi o pewne wyliczenia. Teraz popuśćcie wodzy swojej paranoi i wyobraźcie sobie to co ja sobie wyobraziłem.

Otóż jesteśmy wielowymiarowym filmem wyświetlanym na wielowymiarowym ekranie.
w którym jeden piksel ma rozmiar ħ ≈ 1.05 x 10-34 m
ekran składa się z włókien o rozmiarach opisywanych przez długość Plancka Lp ≈ 1,6 x 10-35m
a jedna klatka trwa 5.39x10-44  

I najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to że w przerwach pomiędzy kwantami czasu zdajemy się wcale nie istnieć. Nie tylko my, jako ludzie, nic nie istnieje, cały wszechświat znika i pojawia się już w nieco zmienionej formie (kolejna klatka, jak na filmie) miliardy razy na sekundę...

I wiecie co? 
Dziwne, ale wcale mnie to nie przeraża...

 

poniedziałek, 5 lutego 2018

Jak to jest z "energią odnawialną" u naszych zachodnich sąsiadów.

Od pewnego czasu po sieci krążą memy przedstawiające Angelę Merkel jako najbardziej perfidną z wszystkich "zemst Honeckera" (starsi wiedzą o kim piszę, młodszych informuję że chodzi o ostatniego z przywódców DDR... no tak nie wiecie co to było DDR! Otóż DDR to było takie PRL tylko bardziej na serio).
Otóż nasza Anielica była się wzięła i zamknęła niemieckie elektrownie nuklearne! Hurra zakrzyknęli wszyscy obrońcy zieloności, a okrzyk ten rozniósł się po okolicy niczym wrzask orgazmu na niemieckim filmie pornograficznym!
Oto postęp, oto przyszłość, oto nowa "Semiramida Północy" (jak hipokryta Volter określał Katarzynę II), oto jutrzenka (Aurora... dla miłośników historycznych smaczków), oto Prometeusz!!! Rzecz jasna Niemcy nie wyrzekają się energii elektrycznej, jednak chcą ją pozyskiwać ze "źródeł odnawialnych". Więc stawiają na wybrzeżu Bałtyku wiatrownie, przepisami prawa zmuszając do zakupu znacznie droższego prądu z nich pochodzącego i ekolodzy znów są happy (wszak rachunki za prąd płacą ich rodzice z emerytur). I znów jęk orgazmu jak z "Bawarskich Przypadków".

Wszelako pojawił się tyci, tyciuni problemiczek, niewielki, nieistotny, ale jednak jest. A raczej problemik jest bo prądu nie ma! Nie ma i nie będzie - gdyż wszystkie wiatraki nawet gdyby pracowały na pełną moc, wyprodukują go jakiś ułamek zapotrzebowania. (pamiętam jak na Bornholmie z dumą pokazywano nam wiatraki które dawały aż... 1% zapotrzebowania wyspy a resztą sprowadzano kablem ze Szwecji... widział kto kiedy na Bornholmie przemysł?). Tymczasem gospodarka niemiecka jest energochłonna, w wielu procesach zastąpiono pracę ludzką, ale do ich przeprowadzenia potrzeba teraz dużych ilości energii elektrycznej, a tej zastąpić się nie da! Skądś ją trzeba pozyskać!

I w ten oto sposób, germański przywódca światowego wyścigu o czyste powietrze, czołowy wróg smogu, pionier walki z emisją dwutlenku węgla (tlenek węgla IV - dla purystów naukowych) i szermierz cepami na wojnie z globalnym ociepleniem... Zmuszony został do cichego zwiększenia mocy elektrowni konwencjonalnych, czyli... węglowych. W zamian za hipotetyczną emisję jakiś cząstek promieniowania jonizującego mamy rzeczywistą emisję tysięcy ton gazów cieplarnianych, tudzież hałdy popiołów i totalną dewastacje środowiska wokołokopalnianego - nie wierzycie?
To przeczytajcie zalinkowany materiał!     

  



Oczywiście Niemcy głośno krzyczą że to tylko stan przejściowy (wiecie taki "odwrót na z góry zaplanowane pozycje"), że to do czasu gdy nastawiają już tyle elektrowni wiatrowych że starczy im z naddatkiem i będą mogli tę energię sprzedawać. Że wtedy rekultywacja, odbudowa, zadośćuczynienie i w ogóle pis end low! Nie żebym im nie wierzył! No jak można nie wierzyć komuś kto chce w Europie pis end low zaprowadzić? Jasne że im wierzę!

I tylko się zastanawiam. Czy od czasu do czasu Angela nie odziewa się w czarną pelerynę, nie wymyka cichaczem z Bundeskanzleramtu, nie przemyka jasno oświetlonymi "energią odnawialną" ulicami Berlina wprost pod dawną siedzibę SED i w jakieś tajnej krypcie nie szepcze:"Obywatelu Sekretarzu Generalny! Zadanie wykonane!!"    

środa, 24 stycznia 2018

Mit "energii odnawialnej"

W zasadzie można by zamknąć sprawę energii odnawialnej odsyłając głoszących jej rozwój do podstawówki, na lekcje fizyki z działu termodynamika.




Inaczej mówiąc każdy kto gada o "energii odnawialnej" jest jak wynalazca perpetuum mobile... powinien trafić do psychiatryka nie do mediów, polityki i władzy!
Takim ludziom i tak niczego nie wytłumaczę, więc nawet nie usiłuję.
Natomiast wiele osób doskonale zdaje sobie sprawę z termodynamicznych obostrzeń a zwrotu "energia odnawialna" używa jako wygodnego skrótu myślowego, choć określenie "energia ze źródeł odnawialnych" było by zdecydowanie mniej błędne.

Zatem zastanówmy się  skąd się bierze energia na Ziemi, co nazywanie jest "odnawialnymi źródłami energii" i czym grozi ich wykorzystywanie?

Energia na Ziemi - praktycznie cała energia którą dysponujemy na naszej planecie pochodzi z czterech źródeł. Jest to energia promieniowania słonecznego (czyli fotony o niskiej entropii dochodzące do nas za dnia i możliwość wyemitowania w kosmos fotonów o wysokiej entropii nocą), energia rozpadów promieniotwórczych w jądrze Ziemi lub naszych reaktorach, energia kolapsu grawitacyjnego (ściśnięcie wewnętrznych warstw Ziemi "ciężarem" warstw zewnętrznych), energia generowana poprzez ruchy pływowe wywołane układem Ziemia - Księżyc. Można by oczywiście jeszcze mówić o energii termojądrowej, ale z racji tego że możemy ją wyzwolić w formie destrukcyjnego wybuchu, ale nie pozyskać w formie użytecznej, została pominięta. 

Bardzo wiele osób nie ma pojęcia iż energia z węgla, czy ropy naftowej jest de facto energią słoneczną, tylko uwięzioną w łańcuchach wiązań chemicznych przed milionami lat a dopiero teraz użytecznie wykorzystywaną. Potraktujcie to jako uwagę na marginesie.


No dobrze ale omówmy te "źródła".

Jednym z najniebezpieczniejszych pomysłów są "elektrownie wiatrowe", notabene energia wiatrów bierze się ze słońca. Tu znów kłania się kolejna z żelaznych fizycznych zasad poznawanych już w podstawówce - to zasada zachowania energii, a stricte jej termodynamiczne rozwinięcie czyli pierwsza zasada termodynamiki.

No dobrze podaruję Wam wzory i zrzuty ekranu ;-)



Chodzi o to że energia kinetyczna wiatru, wykonuje na łopatkach turbin wiatrowych określoną pracę i po jej wykonaniu już nie ma tych samych wartości co przed. A to znaczy iż pobierając z układu mas powietrza tę ilość energii którą pobieramy, de facto osłabiamy siłę wiatru. Jest to intuicyjne i chyba nie wymaga tłumaczenia. Zatem jeśli ów wiatr osłabiamy to  musimy się liczyć z faktem iż gdzieś indziej wykona on zdecydowanie mniejszą pracę.
Sprawa wydaje się mało istotna, wobec siły wiatru, ale w razie rozbudowy systemu wiatraków, wkrótce ekolodzy podniosą larum, że na jakimś tam obszarze panuje przyducha, giną pewne gatunki zwierząt, narasta problem smogu itp. Po prostu nie dotrze tam wystarczająca ilość powietrza, gdyż wiatrowi zabraknie energii.

Kolejnym mocno propagowanym źródłem są tzw. "solary" - czyli instalacje wykorzystujące bezpośrednio energię słoneczną czy to do nagrzewania wody, czy produkcji energii elektrycznej - w sumie na pierwszy rzut oka wydaje się wszystko OK. Ale trzeba zauważyć iż w ten sposób zmniejszamy albedo naszej planety. Czyli przetwarzamy fotony o niskiej entropii na te o entropii wysokiej (promieniowanie cieplne), czyli robimy wprost to co robią chmury pary wodnej i dwutlenku węgla oskarżane o wywołanie efektu cieplarnianego.


I znów ten sam problem co przy "wiatrowniach" - w małej skali nie istnieje, w dużej stanie się aż nadto dolegliwy.

Stosunkowo najczystszą energią jest energia spływającej grawitacyjnie wody - czyli elektrownie wodne.


Pracę wykonuje także Słońce (wybaczcie skrót myślowy), grawitacja wymusza jej spływanie i wszystko jest cacy - termodynamicznie cacy. Więc gdzie jest haczyk? Otóż woda mając wykonać użyteczną dla nas pracę obrotu łopatek hydrogeneratora, musi spożytkować na to część swojej energii - czyli... zabraknie  tej energii do transportu materiału osadowego np w deltę rzeki, lub osadzi się on przy jej ujściu, powodując zalanie terenów sąsiednich, lubo, najczęściej zamuli nam tamę, zmuszając nas do kosztownych i .... energochłonnych prac związanych z pogłębianiem i zagospodarowaniem osadów. Możemy też porzucić taką zamuloną tamę lub rozebrać... sam nie wiem co gorsze...

Wodą niesie też energię "pływową"

- znaczy mamy przypływy i odpływy związane z ruchem Księżyca względem Ziemi - mało kto wie, ale Księżyc stale się od Ziemi odsuwa, stosunkowo wolno, ale nieustannie - wiążę się to z wygaszaniem energii wspólnego układu, która nie trwa wiecznie i na skutek rozpraszania ulega stałemu spadkowi. Im tej energii mniej tym Księżyc jest dalej - kiedyś odleci całkiem... sporo to potrwa - ale pobierając dodatkową energię z tego związku, przyśpieszymy "rozwód" i zamiast katastrofy na skalę ziemską będziemy mieli katastrofę na skalę kosmiczną...

Ale jest w końcu "geotermia"






jasne że jest! Problem w tym że czerpie energię z gorącego wnętrza Ziemi - a ona faktycznie jest tam bardzo gorąca - ale ten gorąc nie bierze się znikąd. Pochodzi z kilku różnych źródeł - i bynajmniej nie jest to energia odnawialna. Szacuje się jej dostępność na skalę światową rzędu 100 GW (także podaję za stroną Ziemia na rozdrożu). Czyli czerpiąc stamtąd energię przyśpieszamy proces stygnięcia głębokich warstw płaszcza Ziemi. Nie wiem czy spełniła by się katastroficzna wizja Wellsa Ziemi która "wystygła jak Mars" - ale z pewnością, do wielu zmian by doszło na skalę tektoniki całych płyt kontynentalnych.

Wreszcie tzw. "biomasa".


Sadzimy sobie tysiące hektarów roślin "energetycznych", jakieś tam wierzby, rzepaku, rzepiku, czy czegoś podobnego jeszcze w laboratoriach biomagików nie wynalezionego, one sobie produkują z dwutlenku węgla swoje tkanki, wykorzystując do tego energię fotonów. potem my to zbieramy, palimy, albo fermentujemy i dopiero wtedy palimy uzyskany w ten sposób metan. Dostajemy spory zastrzyk czystej energii. Albedo zasadniczym zmianom nie ulega, bilans gazowy w atmosferze także.
Teoretycznie rzecz ujmując mamy wreszcie energię ze źródła odnawialnego, której wykorzystanie w żaden zasadniczy sposób nie wpływa na bilans energetyczny globu. Wypada się cieszyć. Nie będę ukrywał że sam jestem zwolennikiem tej metody pozyskiwania energii. Niesie ze sobą pewne zagrożenia, np. opalanie elektrowni... lasem... gdy zabraknie innego surowca, zajmowanie terenów rolniczych i leśnych pod uprawę roślin na biomasę itp. Ale to nie temat na dzisiejszy post.

Jak zapewne zauważyliście, szerokim łukiem omijam wszelkie inne aspekty energetyki poza tymi związanymi z samą energią. Nie pisałem z ptakach zabijanych przez łopaty wiatrowni, ani o rybach w przegrodzonych rzekach. Wyłącznie termodynamika i zasada zachowania energii. Najfajniej było by to przedstawić za pośrednictwem kilku równań i... w sumie to zrobiłem zaraz na początku, (myślałem jeszcze o wrzuceniu wzorów zasady zachowania energii - ale wymagały by przekształcenia i szerszego opisu, więc dąłem sobie siana). Po prostu nie da się wykorzystać energii i nadal mieć jej takie same zasoby. Jeśli energia wykonała pracę tu i teraz, to nie wykona jej już tam i kiedy indziej - amen.
Tymczasem rzesze istot ludzkich żyją w podawanym im przez media (czyli równie co oni sami niedouczonych dziennikarzy)  przeświadczeniu o energii odnawialnej, taniej, dostępnej i czystej na straży której stoją jednak: ekolodzy, politycy, finansjera, reptilianie, marsjanie itp*

* - niepotrzebne skreślić.    

Ps. - jest jeszcze wynalazek Tesli - czyli "energia czerpana z powietrza" za pomocą specjalnych anten - niestety nie mam łba jak wielki Nikola i nie kumam jak by to mogło działać, być może coś związanego z jonosferą, ale...
Ps2 - na forach i YT mówi się o M-engine - to rodzaj silnika który wykorzystuje pewne nieznane jeszcze właściwości kwantowe, podobno po osiągnięciu pewnych prędkości produkuje on więcej energii niż jest mu dostarczane - mielibyśmy zatem kwantowe perpetuum mobile... szczerze mówiąc było by fajnie, ale to jak na razie science fiction.


Ps3. wreszcie udało mi się opanować kod HTML - znaczy na tyle że usunąłem błędne tagi i teraz wreszcie widać co napisałem o geotermii. przepraszam za zamieszanie. 

piątek, 12 stycznia 2018

Anomalie pogodowe - znaki czasu!

Dziś już nikt, zdaje się, nie ma wątpliwości iż wszystko co nazywamy "anomaliami pogodowymi" i wywołane nimi klęski żywiołowe, ma związek z postępującym ociepleniem klimatu. Znajdziemy to; i w materiałach publikowanych przez naukowców, i popularyzatorstwie, ale też w mediach a nawet najmarniejszym dzienniukarzeniu w TV'ach śniadaniowych. W mało której kwestii panuje taka zgodność narracji.
Wystąpiła anomalia (nawalne deszcze, powodzie, gradobicia, śnieżyce, fala mrozów, susza itp.) wiadomo że zawiniło globalne ocieplenie, które wpłynęło na zmiany kierunku przepływu mas powietrza, co wywołało takie a nie inne perturbacje pogodowe. 
Przekaz prosty, trzymający się kupy, zgodny ze światowymi trendami. Że straszy? Owszem ale jest się czego bać! Zobaczmy zresztą sami, moje okolice, dorzecza Dunajca, Białej, Wisłoka i Wisły. "Powódź trwała niesłychanie długo, od 22 aż do 31 lipca. Lato było bardzo mokre, nie dojrzewały oziminy, wymokły zboża jare, wygniły ziemniaki". "W skutek ciągłych wylewów rzeki: Dunajec, Biała, Wisłoka, a nawet i Wątok, malutka rzeczka, Środkiem Tarnowa płynąca, wezbrały do niepamiętnej wysokości i wystąpiły z koryta wyrządzając ogromne szkody".
Rok później - "Mróz, 23 marca, osiągnął 20 stopni, zaraz potem jednak, z końcem marca, wylała Wisła i Wisłoka. W kwietniu nastąpił znowu wylew Wisły i jej dopływów". 16 Lipca przyszła kolejna fala opadów - lało prawie tydzień. Kolejne wezbranie wód zaowocowało rozlaniem się Wisłoki na blisko metr ponad poziom gruntu, Dunajec był 5 razy większy niż "standardowe wezbrania". Nadciągające raz po raz fale powodziowe spowodowały że w regionie Tarnowskim ponad 100 tysięcy osób zostało trwale lub przejściowo pozbawionych dachu nad głową!  Na to wszystko nałożyła się zaraza ziemniaczana... Padło wiele sztuk trzody chlewnej i rogacizny. Mieszkańcom Tarnowszczyzny widmo głodu zajrzało do oczu!


Nie to nie scenariusz filmu katastroficznego, noweli Science-Fiction, ani redakcyjnego materiału Gazety Wyborczej, to fakty; proste, bolesne, pisane suchym kronikarskim językiem.
I dziś zapewne jak jeden mąż wszyscy komentatorzy uznali by to za efekt globalnego ocieplenia... dziś!
Bo pisałem o zdarzeniach sprzed prawie dwustu lat (177 - 179 lat wstecz) z roku 1845 i wcześniejszych.
Zapewne już wtedy emisja gazów cieplarnianych (krowie pierdy i pasterskie ogniska?) spowodowała daleko posunięte zmiany w cyrkulacji mas powietrza i katastrofalne w skutkach anomalie pogodowe. Katastrofalne podwójnie, bo: i niech to będzie memento dla dzisiejszych elit... w 1846 roku wybuchła Rabacja Galicyjska...
Ps. cytaty i wiadomości pochodzą z kart książki Mariana Morawczyńskiego "Rzeź 1846r."